Himalajskie drogi w Nepalu są wąskie i niebezpieczne. Z kolei autobusy – często przestarzałe, co prowadzi do tragicznych wypadków. Jedną z najtrudniejszych tras dla kierowców jest droga w stanie Rasuwa do granicy z Tybetem.

Silnik autobusu wył coraz głośniej. „Da radę!” – rzucił spokojnie Biju Lama. Obok starsza kobieta wyciągnęła buddyjski różaniec i zaczęła bezgłośnie powtarzać mantrę. Koła wysłużonego pojazdu marki Tata buksowały na skraju drogi wijącej się zboczem góry w dystrykcie Rasuwa na północy Nepalu.

„Tak jest zawsze w tym miejscu” – zapewniał Lama, uważnie rozglądając się dookoła. Ten odcinek trasy z Trisuli do Dhunche ludzie nazywają z angielska „landslide”, czyli lawinisko. Schodzą tu regularne lawiny, a pierwsza w 1983 r. zabiła 23 żołnierzy. Kamienista droga jest tu szczególnie wąska i przepełniony autobus wiozący ponad 70 osób, z workami ryżu na dachu i cementem w lukach bagażowych, ledwie się mieści.

Kierowca po raz drugi wziął rozpęd pod górę, za każdym razem staczając się w stronę zakrętu. „Może trzeba popchnąć?” – zapytał ktoś rezolutnie. Kilka osób wstało z miejsc, zabierając pakunki.

Wreszcie dał za wygraną. „Jest za ciężki” – przetarł spocone czoło. Tym razem na zewnątrz wyskoczył 15-letni konduktor i miarowymi uderzeniami dłoni o ścianę pojazdu zaczął dawał znać kierowcy, o ile może się cofnąć.

„Na tej trasie jest wiele wypadków. Ledwie trzy lata temu autobus stoczył się w przepaść i zginęło 35 osób” – tłumaczy Bijay Lama, który pochodzi z jednej z wiosek w dolinie Langtangu. W tamtym wypadku rannych było 51 pasażerów.

Często dochodzi do śmiertelnych wypadków. W marcu na zachodzie Nepalu w Jajarkot zginęło 25 osób, pod koniec października 31 pasażerów w Dhading w centrum kraju, a w listopadzie osiem osób w Chitwan na południu kraju.

Lama tłumaczy, że szybszy i trochę bezpieczniejszy jest przejazd dżipem. „Tylko że droższy, czasami dwa razy. Nie wszystkich na to stać” – dodaje.

„Tutaj, tutaj! Mój dżip jest prawnie pełny! Dam panu przednie siedzenie!” – krzyczy Anand Sharma, przepychając się między innymi właścicielami terenowych Tata Sumo w Balkhu na południowych rogatkach Katmandu.

Stąd samochody wyjeżdżają w 6-godzinną podróż na południe kraju do Birgandż. Wyboista i niebezpieczna trasa przeznaczona jest tylko dla terenówek – autobusy jadą drogą okrężną dobre kilkanaście godzin.

„Zawsze chciałem być kierowcą. Zaczynałem jak każdy, jako konduktor” – opowiada Anand. Mówi, że imponowali mu młodzi pomocnicy kierowców, który wisieli w otwartych drzwiach autobusów i w pełnym pędzie pojazdu wspinali się na dachy. „Taka nonszalancja i pewność siebie. A potem człowiek zostawał kierowcą, który pokonywał najgorsze wertepy i gnał po całym kraju” – wspomina z błyskiem w oku.

„A z czasem wychodzi zmęczenie. Przez te sześć godzin człowiek cały czas kręci kółkiem, samochodem rzuca i trzeba być szczególnie uważnym” – dodaje Manish Tamang, który przyjaźni się z Anandem. Fan Realu Madryt. Samochód jest oblepiony herbami hiszpańskiej drużyny piłkarskiej, a na całej szerokości drzwi widnieje dumny napis „Adidas”.

„Ze zmęczeniem pojawia się alkohol, potem problemy z pieniędzmi. Każdy z nas chciałby być właścicielem samochodu, a nie tylko najemcą. Cała magia podróży znika” – podkreśla.

Samochody w Nepalu, jako dobro luksusowe, są nawet dwa i pół razy droższe niż w Europie. „Obłożone są 250-proc. podatkiem, który ma trafiać na budowę dróg” – śmieją się kierowcy. „A drogi są straszne, nie tylko dla pasażerów, ale i dla nas” – przyznaje w końcu Anand.

„Oczywiście, ludzie obawiają się podróżować tymi drogami, dlatego tak się modlą przed podróżą” – żartuje Lama, który podczas urlopu odwiedza dom rodzinny. Pracuje teraz w Malezji, a wcześniej wyjeżdżał nawet do Europy.

Jego zdaniem coraz więcej Nepalczyków widzi ogromną różnicę, bo liczni wyjeżdżają na saksy. „Ale jaką mają alternatywę? Ludzie w końcu zażądają poważnych zmian od rządu” – dodaje.

Z Katmandu Paweł Skawiński (PAP)

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here