Żle się dzieje w państwie brytyjskim. Służba zdrowia jest w permanentnym stanie kryzysu. Ordynatorzy szpitalni i doktorzy wysyłają otwarte listy domagając się nowych inwestycji – pisze w felietonie dla Tygodnia Polskiego Wiktor Moszczyński.

Brakuje funduszy na utrzymanie wielu domów starców. Nadchodzi dodatkowy kryzys przy fundowaniu państwowych emerytur, przy rosnącej ilości osόb w wieku emerytalnym. Rośnie ilość osόb bezdomnych, a wiele rodzin skazanych jest na przebywanie wieloletnie w hostelach bez własnego stałego dachu nad głową. A do tego wzrasta zadłużenie państwa i zadłużenie dużej proporcji społeczeństwa.

Większość osόb młodych, nie stać będzie na kupno własnego mieszkania, kiedykolwiek w swoim życiu. Zbankrutowała firma Carillion, druga największa firma budowlana, która zatrudniała prawie 40,000 osόb, mimo że była szczególnie faworyzowana przez rząd, przy strategicznych projektach. Rośnie dramatycznie ilość napadόw na ulicach brytyjskich miast, przy użyciu broni palnej, czy noży. Służby bezpieczeństwa grożą, że mogą nastąpić dalsze zamachy ze strony fanatykόw islamskich. Były szef sztabu armii, twierdzi że brytyjskie siły zbrojne nie będą w stanie sprostać prowokacyjnemu atakowi ze stron wojsk rosyjskich. Wisi nad społeczeństwem poczucie klęski i obawy o przyszłość.

No i do tego doszedł cały problem Brexitu narzucony krajowi przez słabo poinformowany elektorat w referendum, który opętał kraj jak huragan, przed którym nawet wybitniejsi zwolennicy pozostania w Unii ugięli się zgadzając na jakąś formę odejścia. Brexit ostatecznie pogłębił już długo istniejące i głęboko zakorzenione podziały zarówno w społeczeństwie i w rządzącej partii konserwatywnej.

Konserwatyści uważają że Wielka Brytania potrzebuje rządu, który będzie mόgł z wizją i odwagą podjąć walkę z powyższymi problemami, wykazując że się odbił wreszcie od zestarzałej już polityki stałego zaciskania pasa. Lecz wiedzą, że większość potencjalnych wyborców poniżej 40 lat, zdecydowanie szuka radykalniejszego rozwiązania.

Według sondaży mogą nawet godzić się na zwiększone opodatkowanie dla służby zdrowia, przymusowe wykupienie tysiąca pustych mieszkań, zwiększone zadłużenie państwa i przejęcie administracji kolei i usług energetycznych przez państwo. Tego właśnie oferuje społeczeństwu szef opozycji Corbyn. Dla Torysόw jest to nie do przyjęcia. Potrzebują więc innego rozwiązania, którego może im tylko dostarczyć jakaś charyzmatyczna osoba na czele rządu. A jak obecny lider nie jest w stanie odegrać tą rolę, to trzeba będzie znaleść innego.

Nie jest prawdą, że Pani Theresa May nie miała wizji. Przekazała społeczeństwu i partii swoją wizję, gdy obejmowała funkcję premiera po odejściu Camerona. Określiła wynik referendum jako „cichą rewolucję” osób pokrzywdzonych przez ówczesną politykę gospodarczą. Na pierwszym zjeździe swojej partii w październiku 2016 roku mówiła, że jest obowiązkiem rządu interweniować w gospodarce, kiedy system jest niewydajny, na przykład w budowaniu wystarczającej ilości mieszkań, czy w modernizowaniu internetu, czy kontrolowaniu cen dostarczycieli energii (gdy to samo proponował 3 lata wcześniej przywódca Labour, Ed Miliband, Torysi okrzyknęli go „marksistą.”

Mówiła o potrzebie wyciągnięcia pomocnej ręki aby zapobiec “palącej niesprawiedliwości” wobec mniejszości narodowych i białych rodzin robotniczych, którzy winni mieć to samo prawo do postępu społecznego, co mają klasy średnie. Twierdziła że nie można tylko polegać na wierze w „indywidualizm i własną korzyść.” Trudno traktować te poglądy jako ortodoksyjnie konserwatywne myślenie, które normalnie jest oparte na ograniczeniu roli rządu w gospodarce rynkowej. Lecz nie mając wόwczas alternatywnego wyboru, Partia Konserwatywna musiała przełknąć tą wizję, tzw. „Great Meritocracy”. A społeczeństwu brytyjskiemu ta spokojna progresywna wizja nawet się spodobała. Wewnątrz Partii Pracy wrzała wόwczas wewnętrzna wojna o władzę między Corbynem a bardziej umiarkowanymi posłami, więc innej alternatywy nie było.

Poza tym społeczeństwo przeżywało jeszcze szok dezorientacji po własnej decyzji w referendum unijnym i czuło się bardziej bezpieczne pod ogólnikowym hasłem Pani May że „Brexit to Brexit.” W ten sposób, jako dotychczasowy zwolennik pozostania w Unii, Theresa May chciała również zdobyć zaufanie tej części elektoratu, które głosowało za Brexitem. Na skutek tego zwrotu kierunku, musiała wiecznie oglądać się za siebie, aby upewnić się, że wciąż posiada poparcie tych najbardziej zagorzałych Brexitowcόw w Partii Konserwatywnej.

Musiała przemawiać z tak samym żarem jak oni. Wobec tego jej postawa wobec Unii nie była kwestią stałego przekonania, a raczej pozowania, aby utrzymać konsensus wewnątrz swojej skłóconej partii i skłóconego rządu. Na zewnątrz odgrywała rolę żelaznej damy walczącej zażarcie o suwerenność polityczną i prawną, a wewnątrz musiała się słaniać przed ciosami to jednej strony, a to drugiej. To bardzo utrudniało jej w utrzymaniu poparcia skłóconego gabinetu, w czasie przewlekłych negocjacji z Unią.

Jej oryginalna wizja nie przetrwała wyborów w ubiegłym roku. Okazała się za mało przekonywująca – i jako kandydat, i jako premier. A wynik tak osłabił jej partię i ją samą, że nie miała już szansy narzucić swoje woli inaczej, niż przez apelowanie o lojalność wobec niej w czasie burzliwych sporów i znaczących trosk, które ją otaczały. Dotychczas każda decyzja jej rządu uzależnia się od unikania podziałόw i szukania konsensusu osób, które mają jaskrawo odmienne poglądy, a najbardziej dotyczyło to kwestii odejścia od Europy. Od maja ubiegłego roku jej rząd błąka się od jednego kryzysu do drugiego, podejmując decyzję w ostatniej chwili i nie dając jej możliwości oddechu aby stworzyć nową jasną wizję dla swojego premierostwa.

Mimo stałych upokorzeń wciąż uporczywie trzyma w ręku ster, udając gdy ją opluwają, że to tylko deszcz. A jej główni ministrowie, wciąż bezkarnie prowadzą własną politykę opartą na oświadczeniach prasowych, czy na wypowiedziach w parlamencie, które rząd musi wciąż wyjaśniać komentarzem, czy wręcz korygować. Torysi są już zmęczeni tym sposobem rządzenia państwem i wiedzą, że każdy nowy krok w kierunku niezgody wzmacnia tylko szanse ewentualnej utraty poparcia w parlamencie, wywołania nowych wyborów i ewentualnego zwycięstwa dla Corbyna.

Lecz jak tu doprowadzić do rezygnacji nieszczęsnej Pani Premier bez wywołania tej wojny domowej, która mogłaby ewentualnie zniszczyć ich partię? Szczególnie kiedy nie ma odpowiedniego kandydata, który mógłby ją zastąpić? Oczywiście każdy poseł ma swojego kandydata. Zamachowcy już ostrzą noże. Już znaczna grupa posłów złożyła wniosek do Sir Graham Brady, prezesa komisji odgrywającej rolę rady klubu parlamentarnego konserwatystów (tzw. komitet roku 1922). Ale poza samym prezesem tej rady, nikt nie wie ile podpisów już złożono. Jedynie wiadomo tylko, że ta liczba będzie ujawniona gdy przekroczy statutowy próg 48 posłów, wystarczający aby wywołać nową elekcję na lidera.

Teoretycznie największe szanse mogliby mieć ministrowie spraw wewnętrznych Amber Rudd i spraw zagranicznych Boris Johnson. Pierwsza, dotychczas lojalna wobec Theresy May, reprezentuje głos tych posłów, którzy chcą uzyskać “miękki” Brexit, czyli przynależność do ograniczonej strefy bezcłowej z Unią, ale z możliwością załatwienia oddzielnych umów handlowych pozaunijnych. Natomiast Boris Johnson, stronnik twardego Brexitu, wykazuje ciągłe próby zaszantażowania Theresy May, przez publiczne deklaracje poprzedzające kolejne spotkania gabinetu, gdzie stara się narzucić swoją własną wersję odejścia. Chce, aby Wielka Brytania miała zapewnioną wolną rękę do innych umów międzynarodowych i pełne uniezależnienie się od Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości – nawet jeżeli to oznacza wprowadzenie cła na towary brytyjskie i europejskie.

Johnson aż kipi optymizmem, a w przeszłości wykazał, że jest osobą mającą poparcie też wśród elektoratu Labour, gdy był burmistrzem Londynu. Jako czołowy zwolennik Brexitu może wykazać dużą elastyczność, jak na przykład przy poparciu praw obywateli unijnych, bo nie boi się Brexitowskiego zaplecza. Ale również jest bezgranicznym oportunistą do którego wielu politykόw nie miałoby już zaufania.

Wśród innych kandydatόw jest jeszcze skrajnie prawicowy, młody „twardy” Brexitowiec, Jacob Rees-Mogg, który oskarża pracownikόw w ministerstwie finansόw o okłamywanie społeczeństwa swoimi negatywnymi prognozami; ambitny nowo mianowany minister obrony – Gavin Williamson, który walczy o zwiększenie uszczuplonego budżetu na brytyjskie siły zbrojne, i rezolutna pro-unijna szefowa szkockich konserwatystów, Ruth Davidson, której głównym mankamentem obecnie jest jej brak mandatu poselskiego w parlamencie w Westminster. A na tym nie kończy się wcale lista potencjalnych kandydatόw, z których każdy reprezentuje inną wizję i inną opcję polityczną, w sprawie negocjacji z UE.

W tym tygodniu, pod nowym naciskiem negocjatorόw unijnych i organizacji przemysłowych, rząd musi wreszcie określić, w którym kierunku idzie. Nie może już być jakiegoś kompromisu pisanego na wodzie. Czy Wielka Brytania pozostaje w Unii Celnej, lub podobnej strukturze, czy odcina się od bezcłowego handlu z krajami Unii? Jeżeli na zebraniu gabinetu w tym tygodniu Theresa May nie będzie mogła wreszcie podjąć tej decyzji, musi zrobić to ktoś inny. Albo nowy lider, albo parlament.

Wiktor Moszczyński, Tydzień Polski

Zdjęcie: EPA/SASCHA STEINBACH

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here