Główna bohaterka „Fantastycznej kobiety” to nie ja. Marina urodziła się na ekranie kina – powiedziała Daniela Vega, odtwórczyni głównej roli w obrazie Sebastiana Lelio nagrodzonym w nocy z niedzieli na poniedziałek Oscarem dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego.

„Fantastyczna kobieta” nagrodzona w nocy z niedzielę na poniedziałek Oscarem dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego, wygrała z węgierską „Duszą i ciałem” Ildiko Enyedi, szwedzkim „The Square” w reż. Rubena Ostlunda, rosyjską „Niemiłością” Andrieja Zwiagincewa oraz libańskim „The Insult” Ziada Doueiriego.

Obraz w reżyserii Sebastiana Lelio, nagrodzony wcześniej m.in. Srebrnym Niedźwiedziem za najlepszy scenariusz i Nagrodą Teddy za najlepszy film poświęcony gejom i lesbijkom na ubiegłorocznym Berlinale, opowiada o transseksualnej Marinie (w roli transseksualna aktorka Daniela Vega) walczącej o pamięć po zmarłym partnerze.

PAP: Czy odbiór „Fantastycznej kobiety” był inny w Chile czy chociażby w stolicy Niemiec, gdzie pokazaliście film na Berlinale?

Daniela Vega: „Fantastyczna kobieta” miała swoją premierę na Berlinale, film został tam bardzo pozytywnie przyjęty, dostał nagrody itd. Dopiero potem pokazywaliśmy go w Chile, już z całym pakietem: pozytywnym odbiorem i dobrą atmosferą wokół niego. Przez to na miejscu, w kraju, na pewno było nam o wiele łatwiej, bo szło z nami to ciepło, które przyszło z Berlina.

Gdy już wróciliśmy z Niemiec przez trzy miesiące nie wychodziliśmy z kina. Cały czas spotykaliśmy się z chilijską publicznością, która zapełniała sale kinowe. Mój tata, który jest moim menedżerem, powiedział mi, że podczas jednego z sierpniowych pokazów, czyli już długo po lokalnej premierze, widzowie zostali poza salą. Nie weszli, nie dało rady, było tak duże zainteresowanie projekcją.

To piękne, że ludzie chcą poznać historię Mariny i że nawet po filmie interesują się, dlaczego członkowie rodziny Orlanda zareagowali tak, a nie inaczej. Myślę, że po seansach „Fantastycznej kobiety” budzi się empatia w ludziach – zresztą, bardzo często gdy film się kończy, oni zostają na swoich miejscach i płaczą. Tworzy się jakieś niezwykłe połączenie; dzięki temu, co zobaczyli, coś się dzieje z ich emocjami.

PAP: Jak bardzo twoja bohaterka – transseksualna kobieta, która po śmierci partnera musi sobie poradzić z odrzuceniem – jest inspirowana twoją własną historią? Fantastyczna kobieta to bardziej Marina czy sama Ty?

D.V.: Marina to Marina, ja to ja. Dwie rzeczy, które łączą mnie i moją bohaterkę, to to, że obie jesteśmy kobietami i obie lubimy operę. Zaznałam w swoim życiu odrzucenia, w szczególności gdy byłam małą dziewczynką i musiałam chodzić to szkoły, ale to jest właśnie piękne w tej postaci – że ona nie wzięła się skądś, z czyjejś historii. Marina urodziła się na ekranie kina i na wieczność pozostanie Mariną z kinowego ekranu. Nawet jeśli umrę dziś albo jutro, to historia Mariny będzie dalej trwała. To będzie istotne – że zostanie nie moja historia, a historia Mariny, opowiedziana w kontekście historycznym i społecznym akurat tego czasu, roku 2017.

PAP: Orlando, partner Mariny, nie ma żadnego problemu z jej transseksualnością. Czy należy go traktować jako rzecznika osób trans?

D. V.: To o wiele prostsze, Orlando nie potrzebuje żadnych określeń poza tym, że jest po prostu zakochanym człowiekiem.

PAP: A czy „Fantastyczna kobieta” pokazuje rzeczywistą sytuację osób trans w twoim kraju?

D. V.: Przede wszystkim ten film opowiada historię o miłości, to jego główny punkt. Gdzieś w tle jedynie jest obraz tego, co wydarza się w społeczeństwie tu i teraz. Akcja „Fantastycznej kobiety” dzieje się w Chile, ale równie dobrze ten film mógłby pokazywać jakąkolwiek inną rzeczywistość na świecie – bo nie mówimy w tym filmie tylko o odrzuceniu osób transseksualnych, ale także o mizoginii, o odrzuceniu i dyskryminowaniu kobiet. Chciałabym, by ten film nie był traktowany jako zestaw gotowych tez do przyjęcia; on ma stawiać pytania dotyczące przestrzeni moralnej widzów, a nie na nie odpowiadać.

PAP: Mówisz, że „Fantastyczna kobieta” opowiada o odrzuceniu. Wydaje mi się jednak, że to jest na drugim planie, a na pierwszym przeżywanie, czy raczej niemożliwości przeżycia żałoby po zmarłym partnerze, Orlandzie.

D.V.: To klasyczna opowieść o miłości, która zostaje rozdzielona przez śmierć. Mimo to uczucie Mariny i Orlanda wygrywa ze śmiercią – Marina nie może zrealizować swojego żalu za nim, nie może go pokazać. Mimo to cały czas troszczy się o swój honor, o swoją godność – pomimo braku empatii ze strony rodziny zmarłego, która uniemożliwia jej uczestniczenie w pogrzebie ukochanego. Widzimy w tym filmie różnych bohaterów i kilka różnych postaw – wszystko po to, by widz sam zadał sobie pytanie, po której stronie on w tej historii staje.

PAP: Duże znaczenie dla Mariny ma śpiew. Przez śpiew zresztą zaczyna się historia miłosna jej i Orlanda, w ten sposób także się kończy. Na podstawie tego co zobaczyłam na ekranie mam jednak wrażenie, że równie ważny jest dla niej boks.

D.V.: Tak, Marina w kilku scenach rzuca ciosy, w ten sposób rozładowuje swoje emocje. Robi to jednak w powietrze, w jakąś przestrzeń – nigdy do ludzi, bo nie chce ich ranić. Boks to męski sport, a bicie to męski gest – Marina nie ma z tym problemu. Pod koniec filmu nie ma też problemu z tym, żeby ze sceny opery śpiewać w kobiecy, zmysłowy sposób i być przy tym ubraną w męski garnitur.

PAP: W przestrzeni publicznej dyskutuje się o homoseksualizmie i homofobii, ale o biseksualizmie, transseksualizmie – a więc także o bifobii i transfobii – już nie. Czy twoim zdaniem to już najwyższy czas, aby i o tym zacząć mówić?

D.V.: Jeśli spojrzymy na to pytanie przez pryzmat historii to zauważymy, że na początku to właśnie środowiska homoseksualne, głównie męskie, zaczęły bronić swoich praw. Dopiero później, by dołożyć swoją cegiełkę do tej walki, do gejów dołączyły lesbijki i osoby biseksualne. Wydaje mi się więc naturalne, że w pierwszej kolejności mówimy o homofobii i jej zwalczaniu, a bifobia i transfobia przyjdzie dopiero później. Uważam, że to bardzo ważna dyskusja w aspekcie społecznym, a w szczególności dla młodych pokoleń – zwłaszcza dzieci, które teraz dorastają. Dzięki temu dyskursowi one będą miały szansę na to, by być szerzej doinformowane i jeśli przyjdzie na nie moment, jeśli będą się zastanawiały nad sobą i nad swoją tożsamością, to wtedy będzie im prościej.

PAP: A czy twoim zdaniem za tym obrazem może iść prosty wzrost empatii i zrozumienia?

D.V.: Uważam, że ekran kinowy to zwierciadło, w którym może się przejrzeć każdy z nas. W szczególności w sytuacji, w której czegoś nie rozumiemy lub gdy się boimy. W jednej ze scen, zresztą bardzo intymnej i znaczącej dla tego filmu, Marina przegląda się w lusterku ustawionym między jej udami. Tak samo w tym filmie może przejrzeć się każdy widz; przejrzeć i zastanowić, jak on sam zareagowałby w sytuacjach, przed którymi stanęła Marina. To ma być wystawienie widza na próbę; zapytanie, co by było gdyby.

Chcemy zostawić widzów z tymi pytaniami po to, by odnaleźć w nim przestrzeń do refleksji, do zastanowienia. To, co zadzieje się w każdym, będzie zależało od niego samego – czy będzie gotowy przyjąć to ciepło i tę serdeczność, która płynie z filmu, czy nie będzie w stanie tego zrobić.

Rozmawiała Martyna Olasz (PAP)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here